Otworzyła
leniwie powieki, ale za chwilę znów je zamknęła, wciskając nos
między poduszki. Przyjemny zapach wiosennych kwiatów rozbudził ją,
powoli napełniając jej ciało energią. Bill wybrał odpowiedni
płyn do płukania tkanin. Po tak upojnej nocy, jaką wczoraj
spędzili, pościel wciąż wydawała się świeża, jakby dopiero
zdjęta ze sznurka.
Nina
chciała jeszcze choć przez chwilę oddać się błogim ramionom
Morfeusza, ale chłód, z którym się spotkała, kładąc dłoń na
poduszce obok, sprawił, że natychmiast się ożywiła. Szybkie
rozeznanie, jakiego dokonała, siadając na środku łóżka,
doprowadziło ją do konkretnych wniosków. Billa nie było. Wyszedł,
bo na stoliku nie było telefonu i musiał zrobić to bardzo
wcześnie, kiedy ona dryfowała jeszcze w twardym śnie, dlatego się
nie przebudziła. Ale dlaczego wyszedł tak wcześnie? Odrzuciła na
bok, okrywającą nogi, kołdrę i siadła na brzegu łózka.
Spojrzała w okno i za chwilę zaśmiała się, przypominając sobie
słowa babci, która zawsze mawiała „Po przebudzeniu nigdy się w
okno nie patrzy, moje dziecko, bo wtedy wszystkie sny uciekają”.
Być może coś w tym było, bo mimo podjętych prób, Nina nie mogła
przypomnieć sobie, czy cokolwiek jej się śniło. A może to, co
działo się na tym łóżku jeszcze kilka godzin temu, było snem?
Odetchnęła z ulgą, widząc swoją bieliznę rozrzuconą po kątach
sypialni. Na jej policzki wpłynął rumieniec, a oczy zaszkliły
się. Szczęście emanowało z całego jej ciała, które Bill
sowicie nagrodził pocałunkami i pieszczotami. Tak, jak obiecywał
– był dla niej najlepszy.
Jeszcze
przez chwilę wpatrywała się w niebo, które dzisiejszej soboty
zachęcało do dłuższych spacerów i korzystania ze świeżego
powietrza. Pomyślała, że wyciągnie Billa do parku, a jeśli ma
dobry humor, to nawet na rowery, albo rolki. W końcu, koniec
października nie każdego dnia obfitował w tak przyjemną pogodę.
Koniecznością było to wykorzystać.
Już
uśmiechała się do planów na dzisiejszy dzień, kiedy na komodzie,
obok swojej komórki, dostrzegła samoprzylepną żółtą karteczkę.
Mam
dziś kolokwium, o którym zapomniałem.
Jeśli
zaliczę, to będzie cud! :P
Całuję,
B.
Głośno
wypuściła powietrze, przymykając powieki. Tak nieodpowiedzialny
mógł być tylko Bill.
Pracę
projektanta rozpoczął zanim Nina na dobre rozgościła się w jego
życiu. Butik rozwijał się coraz lepiej, a jego pokazy stawały się
coraz bardziej popularne wśród niemieckiej elity. Sądziła, że
skoro tak dobrze prowadzi własną działalność, to jest naprawdę
zaradnym i dojrzałym mężczyzną. Nie wiedziała, jak bardzo się
wówczas myliła. Bill wiecznie dryfował w jakiejś dziecięcej
krainie. Bez zmartwień, bez obowiązków. W tym roku, dzięki jej
namowom, podjął decyzję o pójściu na studia zaoczne. Myślała,
że jej chłopak w końcu zaczyna myśleć o życiu poważnie i z
gwiazdy rocka, zmienia się wreszcie w mężczyznę twardo
stąpającego po ziemi. Łudziła się, że wydorośleje i znajdzie
sens, którego – podobno – brakowało mu po zakończeniu kariery.
Bill jednak skutecznie potrafił wyperswadować jej błędne myśli i
złudzenia. Miał za sobą zaledwie dwa zjazdy, o których
przypominał sobie w ostatniej chwili. Spóźniał się niemal na
każde wykłady, nie mówiąc o samych warsztatach, na które wpadał
w ostatniej chwili. Nie raz sama zastanawiała się, jak to możliwe,
że wciąż go stamtąd nie wyrzucili, ale wtedy przypominała sobie,
że ktoś taki jak Bill Kaulitz był dla Akademii Sztuk Pięknych po
prostu świetną reklamą. Oczywiście, nie zamierzała mu o tym
mówić. Obiecała zawsze go wspierać, a nie zniechęcać. I mimo że
robił to tylko dla siebie i podniesienia własnych kwalifikacji w
zawodzie projektanta, to wciąż zachowywał się tak, jakby w ogóle
mu na tym nie zależało. A Nina zastanawiała się, czy Billowi w
ogóle zależało na czymkolwiek…
Kieliszki
błyszczały w świetle białych wysokich świec. W kącie sali
muzycy tworzyli subtelne historie, opowiadane dźwiękami skrzypiec i
pianina. Wysoki dostojny kelner, przepasany fartuchem, który kolorem
idealnie komponował się z bordowymi serwetami ułożonymi na stole,
wyrósł przed nimi niespodziewanie. Nagle czas przestał istnieć.
Nina miała przed sobą cały świat zaklęty w tych iskrzących
czekoladowych tęczówkach. Trzymała w dłoni całe swoje życie,
delikatnie łaskocząc kciukiem jego dłoń. Nie potrzebowała
niczego więcej. Tylko on, tylko jej Bill. Cały Bill, cały świat,
całe życie.
Tego
wieczoru dominowały spojrzenia pełne miłości, subtelny dotyk na
potwierdzenie swej bliskości. Nie musieli mówić, słowa zepsułyby
tę intymną atmosferę. Oboje delektowali się sobą, zażegnując
poprzednie kłótnie. To, co było nie miało prawa już wracać. Nie
mogli pozwolić, by nieporozumienia ich poróżniły. Musieli ufać
sobie bezgranicznie, musieli wspierać się wzajemnie i podtrzymywać,
gdy jedno z nich bliskie było upadkowi. Czasem sama miłość nie
wystarczy. Na związek składa się o wiele więcej czynników, niż
samo uczucie. Nina i Bill wciąż uczyli się siebie. Sprawdzali jak
daleko mogą się posunąć, jak wiele potrafią znieść, gdzie
kończy się ich cierpliwość, kiedy powiedzieć dość.
Szło
im to z marnym skutkiem. Bo gdy tylko jedno zaczynało się układać,
to drugie ulegało rozkładowi…
(...)
– Musisz
tam ciągle zerkać? – chłodne pytanie Billa zburzyło nastrój. I
mimo że próbował, aby ton głosu zabrzmiał jak najdelikatniej,
Nina odebrała to jako kolejną pretensję.
– O
co ci chodzi? – odparła, próbując zachować spokój, choć
doskonale zdawała sobie sprawę, że ta wymiana zdań przyniesie
odwrotne skutki. – Patrzę po prostu na dwójkę uroczych dzieci,
to coś złego?
– Myślisz,
że jestem na tyle głupi, żeby się nie domyślić? Jesteś taka
wyrachowana, Nina. Ale ja już chyba za dobrze cię znam, by się na
to złapać. Dobitnie próbujesz mi w ten sposób uświadomić, że
chcesz powiększyć naszą rodzinę, prawda?
– My
jeszcze nie jesteśmy rodziną, Bill – stwierdziła bojowo, ale pod
wpływem jego spojrzenia, uciekła wzrokiem w kieliszek. Bez
zastanowienia opróżniła jego zawartość. Czuła się o wiele
mniejsza od Billa, dlatego zawsze wycofywała się i milkła. On
dominował. Zwłaszcza podczas kłótni.
– Oczywiście,
bo do tego potrzebne są obrączki! Nina i jej romantyczna dusza
pragną pieprzonych złotych obrączek! Czy ja jestem cholernym
gołębiem, którego trzeba oznaczyć?!– podniósł głos, nie
kontrolując go już w ogóle. Nachylił się nad stolikiem, by
zmusić ją do spojrzenia na niego, ale dziewczyna niewzruszenie
patrzyła na dwójkę około dwuletnich dzieci, biegającą wokół
stolika, przy którym siedzieli rozpromienieni rodzice. Tak bardzo
chciałaby zostać mamą. To chyba przychodzi wraz z odnalezieniem
odpowiedniego mężczyzny, wraz z miłością do niego, rośnie chęć
ofiarowania mu dziecka. Ninie wydawało się, że kimś takim jest
Bill, że jest dla niej odpowiedni i jedyny, jednak podczas rozmów o
potomstwie zastanawiała się, czy przy nim kiedykolwiek będzie
miała szansę posmakować macierzyństwa, gdy tymczasem Bill wybijał
jej z głowy ten pomysł.
– Dlaczego
tak bardzo ci zależy, żeby mnie zaobrączkować, co? Czego się
boisz? Czego potrzebujesz, żeby mieć pewność, że przy tobie
będę? – pytał już nieco spokojniejszym głosem. Próbował
złapać jej dłoń, ale szybko ją zabrała, poprawiając
zagniecenia na sukience. Wciąż na niego nie patrzyła, obawiając
się wybuchu płaczu, który wzmagał się w jej wnętrzu.
–
Nina, spójrz na mnie – powiedział delikatnie, lecz stanowczo.
Uniosła wzrok i dostrzegła, jak jego usta układają się w kolejne
pytanie: – Nie możemy być po prostu razem i cieszyć się sobą,
bez żadnych rozwrzeszczanych bachorów?
Zadał
jej kolejny cios. Spłoszone spojrzenie zwróciła na jego dłonie, z
którymi nie wiedział, co zrobić. W końcu zacisnął je w pięści,
lekko uderzając w blat. Kieliszki zatrzęsły się, a kilka par oczu
zwróciło się w kierunku ich stolika, z zaciekawieniem obserwując,
jak rozwinie się sytuacja. Gdy jednak nic się nie działo, wrócili
do konsumpcji zamówionych dań, które stygły już na porcelanowych
talerzach przed nimi. Kiedy tylko Nina zarejestrowała, że w końcu
nikt na nich nie patrzy, uniosła głowę i odnalazła ukochane
brązowe oczy, przewiercające ją teraz na wskroś.
Bródka
jej zadrżała, a ona powstrzymując łzy, zapytała:
– Nasze
dzieci nazywałbyś bachorami? Naprawdę, Bill?
Nie
odpowiedział od razu. Oparł się o stół i schował głowę w
dłoniach. Jego ciężki oddech mieszał się z rytmem szaleńczo
bijącego serca.
– Skarbie,
nie zaczynajmy znów tego tematu – wymamrotał w końcu.
– Sam
zacząłeś.
– Bo
widzę, jak gapisz się na te dzieciaki, a mnie szlag jasny strzela,
bo… – urwał, widząc jak dziewczyna intensywnie wpatruje się w
jego twarz; oczekiwała wytłumaczenia. – Bo nie jestem gotowy na
bycie ojcem, nie wiem, czy w ogóle kiedykolwiek będę. To trudne
zadanie, a ja póki co, nie chcę go podejmować. Mam wystarczająco
dużo problemów, żeby jeszcze kolejne zarzucać sobie na plecy.
– A
może chodzi o mnie, co? Może po prostu nie wiesz, czy chcesz ze mną
spędzić życie?
– Może
– odparł sucho, a Nina rzuciwszy na stół serwetkę, podniosła
się z krzesła. Zabrała swoją torebkę i - bez słowa - wyszła.
(…)
Przeprosił.
Po raz kolejny… Kilkukrotnie.
Ich
ciała znów zagrały ze sobą. Kilkukrotnie. A pomiędzy tłumionymi
westchnieniami,gwałtownie bijącymi sercami i pocałunkami, dało
się słyszeć jej błagalny głos:
– Kochaj
mnie zawsze, Bill… Tak, jak kochasz mnie teraz.
~
Filigranowe
bose stópki z gracją przemierzały drogę do kuchni. Odkryte nogi
odczuły chłód, po przekroczeniu drzwi sypialni Billa, w której –
dzięki wschodzącemu słońcu – zawsze było cieplej, niż w
innych pomieszczeniach. W mieszkaniu panowała cisza, nie było nawet
słychać Caprica, którego Tom pewnie zabrał na poranny spacer.
Przyglądała się swoim paznokciom i w myślach stwierdziła, że
dziś zmieni ich kolor na soczystą czerwień, tak jak lubił Bill.
Zadowolona ze swoich planów, wkroczyła raźno do kuchni, jednak w
progu stanęła jak wryta. Tom stał dłońmi oparty o zlew i patrzył
w okno, przez które sączyło się ciepłe światło, wieszczące o
słonecznym dniu. Jednak on zdawał się tego nie widzieć. Patrzył
gdzieś niewidzącym wzrokiem, jakby uparcie szukał kogoś wśród
przechodniów, wśród drzew, samochodów.
Pragnął czegokolwiek świadczącego o jej obecności. Jej zapachu, jej szeptu. Jej całej.
Pragnął czegokolwiek świadczącego o jej obecności. Jej zapachu, jej szeptu. Jej całej.
Nina
dostrzegła, jak jego dłonie drżą, a mięśnie na plecach spinają
się niemal boleśnie. Chciała podejść, złagodzić jego żałość,
przytulić, pocieszyć. Zamiast tego wpatrywała się w jego ciało,
które krzyczało wręcz z bólu i błagało o litość. Odwrócił
się, spokojnie pozbywając nagromadzonego w płucach powietrza. A
Nina poczuła, jakby przez cały czas, odkąd tu weszła, nie
oddychali oboje, bo dopiero teraz usłyszała świszczący pomiędzy jego
wysuszonymi wargami oddech, a sama zachłysnęła się, jakby
dopiero co wypłynęła spod powierzchni wody. Speszyła się,
rozciągając koszulkę w dół, by nie brylować przed Tomem w
negliżu. Zrobiła to jednak zaraz po tym, jak Tom dokładnie ją
zlustrował.
– Przepraszam
– powiedziała cicho i odwróciła się na pięcie, by zniknąć
całkiem z zasięgu jego wzroku.
Gdy
sięgała klamki od sypialni, dotarł do niej nieco zachrypnięty,
lecz przyjazny głos:
– Nie
masz ochoty na kawę?
Zarzuciła
na siebie granatowy szlafrok Billa, który zostawił na fotelu i
wróciła do kuchni. Nadal czuła się niezręcznie w towarzystwie
bruneta. Nie tylko ze względu na to, w jakim wydaniu ją widział,
ale także – a może głównie – ze względu na stan, w jakim ona
widziała jego. Tom nie pozwalał sobie na chwile słabości przy
innych, a ona czuła, że zakłóciła jego prywatność, patrząc
jak toczy wewnętrzną wojnę z samym sobą.
Zajęła
miejsce przy wyspie na czarnym hokerze; naprzeciw niej, Tom
przyrządzał kawę. Cisza zalegająca między nimi stawała się
coraz bardziej uciążliwa.
– Nie
musisz traktować mnie jak trędowatego – odezwał się w końcu
brunet, sięgając do dolnej szafki po cukier, który nasypał zaraz
do kryształowej cukiernicy. – Wszystko jest dobrze.
Zupełnie
nie wiedziała, co odpowiedzieć, więc pokiwała tylko głową.
Mimo
iż spotykała się z Billem już od roku, nie miała możliwości
zaprzyjaźnienia się z Tomem. Owszem, rozmawiali często, ale zawsze
w towarzystwie kogoś trzeciego, nigdy sam na sam. Zresztą, odkąd
pojawiła się w ich mieszkaniu po raz pierwszy, pamiętała, że Tom
nie odstawał swojej kobiety na krok i każdą wolną chwilę spędzał
z nią, zazwyczaj w jej mieszkaniu. A teraz zostali postawieni w tak
niewygodnej sytuacji, z której oboje nie wiedzieli jak wybrnąć.
Tom czuł się zmęczony ciągłym skakaniem nad jego osobą. Nie
potrzebował litościwych spojrzeń, ani uszczęśliwiania go na
siłę. Potrzebował tylko powrotu do życia, a wiedział, że
osiągnąć to może jedynie za pomocą zwyczajnych rozmów z innymi.
Zapach
kawy rozniósł się po całej szerokości kuchni. Chwilę później
dwa białe kubki zostały postawione na blacie wyspy.
– Słodzisz?
– spytał Tom, wyciągając z szuflady dwie łyżeczki. W
odpowiedzi usłyszał tylko ciche mruknięcie, co uznał za
potwierdzenie jego pytania. Przesunął więc cukiernicę w stronę
brunetki, uśmiechając się ciepło.
Ta
dziewczyna była naprawdę wyjątkowa. Przyzwyczaił się do
szczebiocących kobiet. Tych, które żywo machają rękoma, kiedy
jest to zupełnie zbędne, które nie raz krzykiem próbują narzucać
swoją wolę, bo doskonale zdają sobie sprawę ze znikomego
intelektu, drzemiącego w ich główkach. Te kobiety zawsze były
piękne, ale tylko za sprawą doskonałej fryzury oraz nienagannego
makijażu. Wzdrygnął się na myśl o tym, jak mogły wyglądać
rano. Oceniał również ich stroje. Nie rzadko zbyt kuse, jak na ich
gabaryty. Co z tego, że obklejone metkami najlepszych projektantów,
skoro widocznie o rozmiar - albo i dwa! - za małe. A Nina? Miała w
sobie cząstkę niespotykanego w ludziach dobra. Tak nadzwyczajnie
urocza, zjawiskowo piękna, a zarazem skromna i spokojna. W jej
oczach nie było iskry. Tom mógł się tylko domyślać, w jakich
momentach te brązowe tęczówki błyszczały. Z pewnością wiedział
to doskonale jego brat. Właściwie, pozazdrościł bliźniakowi
takiej dziewczyny, jak Nina. Może nie to, że Bill na nią nie
zasługiwał, ani nie to, że do niego nie pasowała, ale było
między nią a Billem coś, co się odpychało. Jego brat był bowiem
człowiekiem bardzo specyficznym. Zmiennym i popadającym ze
skrajności w skrajność, czego przykładem mógł być udział w
programie muzycznym, zaraz po tym, jak definitywnie zrezygnował z
życia medialnego. Nina była poukładana i zorganizowana. Kompletnie
do siebie nie pasujący, uzupełniali się wzajemnie.
Doszedł
do tych wniosków zaledwie po krótkiej rozmowie z nią. Urzekła go
jej delikatność. Sposób, w jaki się wypowiadała, jak ważyła
słowa, by go przypadkiem nie urazić. Była zupełnie inna niż
Nailea, bo nie potrafiłaby skrzywdzić. Odrobinę żałował nawet,
że los nie postawił mu jej na drodze, jednak cieszył się z faktu,
że jego brat ma przy sobie tak wspaniałą i wartościową kobietę. Rozmowa z nią płynęła w szaleńczym tempie. Nina wydawała się być wspaniałą przyjaciółką. Dlaczego wcześniej tego nie
zauważył? Ach, tak. Bo wcześniej był najszczęśliwszym kretynem,
chodzącym po tym świecie. Nie liczyło się nic, poza miłością,
którą niewątpliwie znajdował w malinowych ustach i zielonych
oczach swojej blond piękności.
Opowiedział
jej o wszystkim, co się wydarzyło. O powrocie z Monachium do
mieszkania w Berlinie, gdzie już nikt na niego nie czekał. O łzach, które roniła Nailea, przysięgając, że żaden akt zdrady nie miał miejsca, że to pomyłka.
Nina była skołowana. Nie miała pojęcia, co powinna o tym myśleć, a tym bardziej - co powiedzieć.
– Zgubiłem
się w tym wszystkim, wiesz… Zgubiłem się i zupełnie nie wiem,
gdzie mam siebie szukać - powiedział wreszcie, podsumowując całą historię.
– Myślisz,
że można w ogóle gdziekolwiek się odnaleźć i być w końcu tam,
gdzie powinno się być?
– Kiedyś
myślałem, że tak – odparł z przekonaniem. – Co więcej, ja
byłem tam, gdzie powinienem być.
Spojrzała
na niego zaskoczona.
– Więc
gdzie było twoje miejsce?
– W
jej sercu, w jej oczach.
– A
teraz? – spytała. – Nie ma już ciebie w oczach Nailei?
– Nie
wiem – odrzekł, odwracając wzrok w kierunku okna. Nieco ciszej,
by nie pozwolić sobie na załamanie głosu, dodał: – Teraz już
nie patrzę w jej oczy.
Nina
zdawała sobie sprawę z tego, że być możne zbyt długo miesza
łyżeczką w kawie – przecież cukier dawno się już rozpuścił.
Co więcej, napar był już zupełnie wystudzony. Bała się jednak
zaniechać tej czynności, gdyż dzięki niej nie musiała podnosić
wzroku, a dobrze wiedziała, że gdy to zrobi, ujrzy najsmutniejsze
oczy, jakie kiedykolwiek przyszło jej widzieć. Nie wiedziała jak
przerwać gęstniejącą ciszę. Nie chciała litować się nad
Tomem, ale też nie chciała, by myślał, że jej to nie obchodzi.
Postanowiła wytężyć szare komórki, ale bezskutecznie. Do głowy
przychodziły jej same głupie pytania, albo jeszcze głupsze
historyjki, przez które na pewno uznałby ją za idiotkę.
Westchnęła więc głośno, tym samym skupiając na sobie uwagę
Toma, który patrzył teraz na nią znad kubka, który właśnie
kierował do ust. Skrzyżowały się ich spojrzenia i wtedy Nina
doznała olśnienia. Coś było nie tak. Weszła swobodnie do kuchni,
bo nie spodziewała się spotkać tam Toma. Uznała, że go nie ma,
bo Caprice nie przybiegł jej na powitanie, jak miał to w zwyczaju
robić. Poza tym, od przeszło godziny go nie widziała. Pokręciła
się na krześle, lustrując tym samym podłogę, ale nigdzie go nie
było.
– Gdzie
jest Caprice? – spytała z widocznym niepokojem w głosie. Była
zdziwiona jego nieobecnością. – Nie przyszedł się przywitać?
Tom
zmarszczył czoło, jakby dopiero teraz przypomniał sobie, że miał
psa. Faktycznie, coś chyba było nie tak, skoro nie przybiegł za
nim do kuchni. Automatycznie spojrzał na piekarnik, który na
niewielkim wyświetlaczu, pokazywał godzinę. Od ponad dwóch godzin
był tutaj, a Caprice nie przyszedł nawet napić się wody. Dłonie
zaczęły mu się pocić, a serce zdawało się bić tak głośno, że
słyszał doskonale każde uderzenie. Nie spuszczając wzroku z Niny,
odstawił swój kubek na blat i jeszcze przez chwilę się wahał,
ale w końcu zawołał psa. Włosy zjeżyły mu się na karku. Wołał
kilkukrotnie, jednak ten nie przybiegał. Wtedy Tom zerwał się, jak z procy wystrzelony, kierując się do swojej sypialni. Brunetka ruszyła za nim.
Wbiegła
gwałtownie do jego pokoju, gdy nagle zatrzymała się jak
zamurowana. Serce ścisnęło ją boleśnie, a łzy napłynęły do
kącików oczu. Jej dłoń powędrowała automatycznie do ust,
hamując tym samym wybuch, który narastał w niej z każdą sekundą.
Tom pochylał się nad czarno umaszczonym zwierzakiem i mówił do
niego, płacząc.
– To
moja wina. Moja wina. Cappi, tak bardzo cię przepraszam…
– Co
mu jest? – spytała szeptem Nina. Kucnęła obok nich, nie wiedząc, co
robić. – Czy on… umrze?
Kilka minut później...
–
Cholera! – zaklął, wywalając z szuflady przeróżne papiery,
wśród których miał nadzieję odnaleźć niewielką, szarą
książeczkę. Nie było jej nigdzie. Tom doskonale zdawał sobie
sprawę, gdzie mogła być i gdzie z pewnością była, ale wciąż
uparcie przekonywał samego siebie, że jednak się myli.
–
Tom, pospiesz się. Nie wiem, jak długo on jeszcze wytrzyma –
ponaglała Nina, równie przejęta sytuacją, jak on. Czuwała nad
psem, głaszcząc delikatnie jego pysk. Denerwowała się, że Tom
uporczywie grzebał w szafkach i szufladach, podczas gdy już dawno
powinni jechać do weterynarza. Caprice oddychał ciężko, a oddech
ten był urywany i niejednostajny. Nie mieli pojęcia, co mogło mu
dolegać, dlatego też potrzebna była natychmiastowa pomoc
specjalisty.
Zwróciła
uwagę na skrzywioną, w grymasie bólu, twarz Toma, kiedy stanął w
drzwiach swojej sypialni z rękoma ułożonymi na biodrach.
Intensywnie się nad czymś zastanawiał.
–
Musimy najpierw pojechać do... – świadomie urwał, nadal próbując
oszukiwać siebie samego, że wcale nie będzie musiał się z n i ą
spotkać. – W moim poprzednim studiu jest książeczka zdrowia
Caprica.
Nina
spojrzała na niego podejrzliwie. Po chwili zreflektowała się, gdy
przypomniała sobie, kto obecnie tam mieszkał.
–
To konieczne? – spytała sceptycznie.
–
Powinienem ją mieć, bo Caprice ostatnio trochę chorował i brał
różne leki – wytłumaczył pospiesznie. – Może to jakaś
reakcja alergiczna.
Dziewczyna
pokiwała tylko głową i okryła psa ciepłym kocem, gdy Tom wziął
go ostrożnie na ręce. Otworzyła mu drzwi i chwyciwszy z wieszaka
kurtkę, wyszła za nim, zamykając mieszkanie na klucz.
Ułożywszy
Caprica na tylnej kanapie auta, Tom zajął miejsce kierowcy i
poprawił lusterko, by móc cały czas obserwować pupila i czuwającą
nad nim Ninę. Gdy upewnił się, że zapięła pas, ruszył z
parkingu.
__
Długo mnie nie było. Postanowiłam sobie jednak, że w dniu urodzin zrobię Wam prezent i choćby się waliło i paliło - dodam kolejny rozdział! Udało się :D Napisałam ten rozdział na ponad 20 stron, ale pomyślałam, że lepiej będzie podzielić Wam go na kilka części - myślę, że będą 3.
Jak nowy szablon? Uczę się dopiero, ale myślę, że jest przyzwoicie :)