30 marca 2016

12. Kochaj mnie zawsze tak, jak kochasz mnie teraz.



Otworzyła leniwie powieki, ale za chwilę znów je zamknęła, wciskając nos między poduszki. Przyjemny zapach wiosennych kwiatów rozbudził ją, powoli napełniając jej ciało energią. Bill wybrał odpowiedni płyn do płukania tkanin. Po tak upojnej nocy, jaką wczoraj spędzili, pościel wciąż wydawała się świeża, jakby dopiero zdjęta ze sznurka.
Nina chciała jeszcze choć przez chwilę oddać się błogim ramionom Morfeusza, ale chłód, z którym się spotkała, kładąc dłoń na poduszce obok, sprawił, że natychmiast się ożywiła. Szybkie rozeznanie, jakiego dokonała, siadając na środku łóżka, doprowadziło ją do konkretnych wniosków. Billa nie było. Wyszedł, bo na stoliku nie było telefonu i musiał zrobić to bardzo wcześnie, kiedy ona dryfowała jeszcze w twardym śnie, dlatego się nie przebudziła. Ale dlaczego wyszedł tak wcześnie? Odrzuciła na bok, okrywającą nogi, kołdrę i siadła na brzegu łózka. Spojrzała w okno i za chwilę zaśmiała się, przypominając sobie słowa babci, która zawsze mawiała „Po przebudzeniu nigdy się w okno nie patrzy, moje dziecko, bo wtedy wszystkie sny uciekają”. Być może coś w tym było, bo mimo podjętych prób, Nina nie mogła przypomnieć sobie, czy cokolwiek jej się śniło. A może to, co działo się na tym łóżku jeszcze kilka godzin temu, było snem? Odetchnęła z ulgą, widząc swoją bieliznę rozrzuconą po kątach sypialni. Na jej policzki wpłynął rumieniec, a oczy zaszkliły się. Szczęście emanowało z całego jej ciała, które Bill sowicie nagrodził pocałunkami i pieszczotami. Tak, jak obiecywał – był dla niej najlepszy.
Jeszcze przez chwilę wpatrywała się w niebo, które dzisiejszej soboty zachęcało do dłuższych spacerów i korzystania ze świeżego powietrza. Pomyślała, że wyciągnie Billa do parku, a jeśli ma dobry humor, to nawet na rowery, albo rolki. W końcu, koniec października nie każdego dnia obfitował w tak przyjemną pogodę. Koniecznością było to wykorzystać.
Już uśmiechała się do planów na dzisiejszy dzień, kiedy na komodzie, obok swojej komórki, dostrzegła samoprzylepną żółtą karteczkę.
Mam dziś kolokwium, o którym zapomniałem.
Jeśli zaliczę, to będzie cud! :P
Całuję,
B.
Głośno wypuściła powietrze, przymykając powieki. Tak nieodpowiedzialny mógł być tylko Bill.
Pracę projektanta rozpoczął zanim Nina na dobre rozgościła się w jego życiu. Butik rozwijał się coraz lepiej, a jego pokazy stawały się coraz bardziej popularne wśród niemieckiej elity. Sądziła, że skoro tak dobrze prowadzi własną działalność, to jest naprawdę zaradnym i dojrzałym mężczyzną. Nie wiedziała, jak bardzo się wówczas myliła. Bill wiecznie dryfował w jakiejś dziecięcej krainie. Bez zmartwień, bez obowiązków. W tym roku, dzięki jej namowom, podjął decyzję o pójściu na studia zaoczne. Myślała, że jej chłopak w końcu zaczyna myśleć o życiu poważnie i z gwiazdy rocka, zmienia się wreszcie w mężczyznę twardo stąpającego po ziemi. Łudziła się, że wydorośleje i znajdzie sens, którego – podobno – brakowało mu po zakończeniu kariery. Bill jednak skutecznie potrafił wyperswadować jej błędne myśli i złudzenia. Miał za sobą zaledwie dwa zjazdy, o których przypominał sobie w ostatniej chwili. Spóźniał się niemal na każde wykłady, nie mówiąc o samych warsztatach, na które wpadał w ostatniej chwili. Nie raz sama zastanawiała się, jak to możliwe, że wciąż go stamtąd nie wyrzucili, ale wtedy przypominała sobie, że ktoś taki jak Bill Kaulitz był dla Akademii Sztuk Pięknych po prostu świetną reklamą. Oczywiście, nie zamierzała mu o tym mówić. Obiecała zawsze go wspierać, a nie zniechęcać. I mimo że robił to tylko dla siebie i podniesienia własnych kwalifikacji w zawodzie projektanta, to wciąż zachowywał się tak, jakby w ogóle mu na tym nie zależało. A Nina zastanawiała się, czy Billowi w ogóle zależało na czymkolwiek…


Kieliszki błyszczały w świetle białych wysokich świec. W kącie sali muzycy tworzyli subtelne historie, opowiadane dźwiękami skrzypiec i pianina. Wysoki dostojny kelner, przepasany fartuchem, który kolorem idealnie komponował się z bordowymi serwetami ułożonymi na stole, wyrósł przed nimi niespodziewanie. Nagle czas przestał istnieć. Nina miała przed sobą cały świat zaklęty w tych iskrzących czekoladowych tęczówkach. Trzymała w dłoni całe swoje życie, delikatnie łaskocząc kciukiem jego dłoń. Nie potrzebowała niczego więcej. Tylko on, tylko jej Bill. Cały Bill, cały świat, całe życie.
Tego wieczoru dominowały spojrzenia pełne miłości, subtelny dotyk na potwierdzenie swej bliskości. Nie musieli mówić, słowa zepsułyby tę intymną atmosferę. Oboje delektowali się sobą, zażegnując poprzednie kłótnie. To, co było nie miało prawa już wracać. Nie mogli pozwolić, by nieporozumienia ich poróżniły. Musieli ufać sobie bezgranicznie, musieli wspierać się wzajemnie i podtrzymywać, gdy jedno z nich bliskie było upadkowi. Czasem sama miłość nie wystarczy. Na związek składa się o wiele więcej czynników, niż samo uczucie. Nina i Bill wciąż uczyli się siebie. Sprawdzali jak daleko mogą się posunąć, jak wiele potrafią znieść, gdzie kończy się ich cierpliwość, kiedy powiedzieć dość.
Szło im to z marnym skutkiem. Bo gdy tylko jedno zaczynało się układać, to drugie ulegało rozkładowi…
(...)
Musisz tam ciągle zerkać? – chłodne pytanie Billa zburzyło nastrój. I mimo że próbował, aby ton głosu zabrzmiał jak najdelikatniej, Nina odebrała to jako kolejną pretensję.
O co ci chodzi? – odparła, próbując zachować spokój, choć doskonale zdawała sobie sprawę, że ta wymiana zdań przyniesie odwrotne skutki. – Patrzę po prostu na dwójkę uroczych dzieci, to coś złego?
Myślisz, że jestem na tyle głupi, żeby się nie domyślić? Jesteś taka wyrachowana, Nina. Ale ja już chyba za dobrze cię znam, by się na to złapać. Dobitnie próbujesz mi w ten sposób uświadomić, że chcesz powiększyć naszą rodzinę, prawda?
My jeszcze nie jesteśmy rodziną, Bill – stwierdziła bojowo, ale pod wpływem jego spojrzenia, uciekła wzrokiem w kieliszek. Bez zastanowienia opróżniła jego zawartość. Czuła się o wiele mniejsza od Billa, dlatego zawsze wycofywała się i milkła. On dominował. Zwłaszcza podczas kłótni.
Oczywiście, bo do tego potrzebne są obrączki! Nina i jej romantyczna dusza pragną pieprzonych złotych obrączek! Czy ja jestem cholernym gołębiem, którego trzeba oznaczyć?!– podniósł głos, nie kontrolując go już w ogóle. Nachylił się nad stolikiem, by zmusić ją do spojrzenia na niego, ale dziewczyna niewzruszenie patrzyła na dwójkę około dwuletnich dzieci, biegającą wokół stolika, przy którym siedzieli rozpromienieni rodzice. Tak bardzo chciałaby zostać mamą. To chyba przychodzi wraz z odnalezieniem odpowiedniego mężczyzny, wraz z miłością do niego, rośnie chęć ofiarowania mu dziecka. Ninie wydawało się, że kimś takim jest Bill, że jest dla niej odpowiedni i jedyny, jednak podczas rozmów o potomstwie zastanawiała się, czy przy nim kiedykolwiek będzie miała szansę posmakować macierzyństwa, gdy tymczasem Bill wybijał jej z głowy ten pomysł.
Dlaczego tak bardzo ci zależy, żeby mnie zaobrączkować, co? Czego się boisz? Czego potrzebujesz, żeby mieć pewność, że przy tobie będę? – pytał już nieco spokojniejszym głosem. Próbował złapać jej dłoń, ale szybko ją zabrała, poprawiając zagniecenia na sukience. Wciąż na niego nie patrzyła, obawiając się wybuchu płaczu, który wzmagał się w jej wnętrzu.
– Nina, spójrz na mnie – powiedział delikatnie, lecz stanowczo. Uniosła wzrok i dostrzegła, jak jego usta układają się w kolejne pytanie: – Nie możemy być po prostu razem i cieszyć się sobą, bez żadnych rozwrzeszczanych bachorów?
Zadał jej kolejny cios. Spłoszone spojrzenie zwróciła na jego dłonie, z którymi nie wiedział, co zrobić. W końcu zacisnął je w pięści, lekko uderzając w blat. Kieliszki zatrzęsły się, a kilka par oczu zwróciło się w kierunku ich stolika, z zaciekawieniem obserwując, jak rozwinie się sytuacja. Gdy jednak nic się nie działo, wrócili do konsumpcji zamówionych dań, które stygły już na porcelanowych talerzach przed nimi. Kiedy tylko Nina zarejestrowała, że w końcu nikt na nich nie patrzy, uniosła głowę i odnalazła ukochane brązowe oczy, przewiercające ją teraz na wskroś.
Bródka jej zadrżała, a ona powstrzymując łzy, zapytała:
Nasze dzieci nazywałbyś bachorami? Naprawdę, Bill?
Nie odpowiedział od razu. Oparł się o stół i schował głowę w dłoniach. Jego ciężki oddech mieszał się z rytmem szaleńczo bijącego serca.
Skarbie, nie zaczynajmy znów tego tematu – wymamrotał w końcu.
Sam zacząłeś.
Bo widzę, jak gapisz się na te dzieciaki, a mnie szlag jasny strzela, bo… – urwał, widząc jak dziewczyna intensywnie wpatruje się w jego twarz; oczekiwała wytłumaczenia. – Bo nie jestem gotowy na bycie ojcem, nie wiem, czy w ogóle kiedykolwiek będę. To trudne zadanie, a ja póki co, nie chcę go podejmować. Mam wystarczająco dużo problemów, żeby jeszcze kolejne zarzucać sobie na plecy.
A może chodzi o mnie, co? Może po prostu nie wiesz, czy chcesz ze mną spędzić życie?
Może – odparł sucho, a Nina rzuciwszy na stół serwetkę, podniosła się z krzesła. Zabrała swoją torebkę i - bez słowa - wyszła.

(…)

Przeprosił. Po raz kolejny… Kilkukrotnie.
Ich ciała znów zagrały ze sobą. Kilkukrotnie. A pomiędzy tłumionymi westchnieniami,gwałtownie bijącymi sercami i pocałunkami, dało się słyszeć jej błagalny głos:
Kochaj mnie zawsze, Bill… Tak, jak kochasz mnie teraz.

~
Filigranowe bose stópki z gracją przemierzały drogę do kuchni. Odkryte nogi odczuły chłód, po przekroczeniu drzwi sypialni Billa, w której – dzięki wschodzącemu słońcu – zawsze było cieplej, niż w innych pomieszczeniach. W mieszkaniu panowała cisza, nie było nawet słychać Caprica, którego Tom pewnie zabrał na poranny spacer. Przyglądała się swoim paznokciom i w myślach stwierdziła, że dziś zmieni ich kolor na soczystą czerwień, tak jak lubił Bill. Zadowolona ze swoich planów, wkroczyła raźno do kuchni, jednak w progu stanęła jak wryta. Tom stał dłońmi oparty o zlew i patrzył w okno, przez które sączyło się ciepłe światło, wieszczące o słonecznym dniu. Jednak on zdawał się tego nie widzieć. Patrzył gdzieś niewidzącym wzrokiem, jakby uparcie szukał kogoś wśród przechodniów, wśród drzew, samochodów.
Pragnął czegokolwiek świadczącego o jej obecności. Jej zapachu, jej szeptu. Jej całej.
Nina dostrzegła, jak jego dłonie drżą, a mięśnie na plecach spinają się niemal boleśnie. Chciała podejść, złagodzić jego żałość, przytulić, pocieszyć. Zamiast tego wpatrywała się w jego ciało, które krzyczało wręcz z bólu i błagało o litość. Odwrócił się, spokojnie pozbywając nagromadzonego w płucach powietrza. A Nina poczuła, jakby przez cały czas, odkąd tu weszła, nie oddychali oboje, bo dopiero teraz usłyszała świszczący pomiędzy jego wysuszonymi wargami oddech, a sama zachłysnęła się, jakby dopiero co wypłynęła spod powierzchni wody. Speszyła się, rozciągając koszulkę w dół, by nie brylować przed Tomem w negliżu. Zrobiła to jednak zaraz po tym, jak Tom dokładnie ją zlustrował.
Przepraszam – powiedziała cicho i odwróciła się na pięcie, by zniknąć całkiem z zasięgu jego wzroku.
Gdy sięgała klamki od sypialni, dotarł do niej nieco zachrypnięty, lecz przyjazny głos:
Nie masz ochoty na kawę?
Zarzuciła na siebie granatowy szlafrok Billa, który zostawił na fotelu i wróciła do kuchni. Nadal czuła się niezręcznie w towarzystwie bruneta. Nie tylko ze względu na to, w jakim wydaniu ją widział, ale także – a może głównie – ze względu na stan, w jakim ona widziała jego. Tom nie pozwalał sobie na chwile słabości przy innych, a ona czuła, że zakłóciła jego prywatność, patrząc jak toczy wewnętrzną wojnę z samym sobą.
Zajęła miejsce przy wyspie na czarnym hokerze; naprzeciw niej, Tom przyrządzał kawę. Cisza zalegająca między nimi stawała się coraz bardziej uciążliwa.
Nie musisz traktować mnie jak trędowatego – odezwał się w końcu brunet, sięgając do dolnej szafki po cukier, który nasypał zaraz do kryształowej cukiernicy. – Wszystko jest dobrze.
Zupełnie nie wiedziała, co odpowiedzieć, więc pokiwała tylko głową.
Mimo iż spotykała się z Billem już od roku, nie miała możliwości zaprzyjaźnienia się z Tomem. Owszem, rozmawiali często, ale zawsze w towarzystwie kogoś trzeciego, nigdy sam na sam. Zresztą, odkąd pojawiła się w ich mieszkaniu po raz pierwszy, pamiętała, że Tom nie odstawał swojej kobiety na krok i każdą wolną chwilę spędzał z nią, zazwyczaj w jej mieszkaniu. A teraz zostali postawieni w tak niewygodnej sytuacji, z której oboje nie wiedzieli jak wybrnąć. Tom czuł się zmęczony ciągłym skakaniem nad jego osobą. Nie potrzebował litościwych spojrzeń, ani uszczęśliwiania go na siłę. Potrzebował tylko powrotu do życia, a wiedział, że osiągnąć to może jedynie za pomocą zwyczajnych rozmów z innymi.

Zapach kawy rozniósł się po całej szerokości kuchni. Chwilę później dwa białe kubki zostały postawione na blacie wyspy.
Słodzisz? – spytał Tom, wyciągając z szuflady dwie łyżeczki. W odpowiedzi usłyszał tylko ciche mruknięcie, co uznał za potwierdzenie jego pytania. Przesunął więc cukiernicę w stronę brunetki, uśmiechając się ciepło.
Ta dziewczyna była naprawdę wyjątkowa. Przyzwyczaił się do szczebiocących kobiet. Tych, które żywo machają rękoma, kiedy jest to zupełnie zbędne, które nie raz krzykiem próbują narzucać swoją wolę, bo doskonale zdają sobie sprawę ze znikomego intelektu, drzemiącego w ich główkach. Te kobiety zawsze były piękne, ale tylko za sprawą doskonałej fryzury oraz nienagannego makijażu. Wzdrygnął się na myśl o tym, jak mogły wyglądać rano. Oceniał również ich stroje. Nie rzadko zbyt kuse, jak na ich gabaryty. Co z tego, że obklejone metkami najlepszych projektantów, skoro widocznie o rozmiar - albo i dwa! - za małe. A Nina? Miała w sobie cząstkę niespotykanego w ludziach dobra. Tak nadzwyczajnie urocza, zjawiskowo piękna, a zarazem skromna i spokojna. W jej oczach nie było iskry. Tom mógł się tylko domyślać, w jakich momentach te brązowe tęczówki błyszczały. Z pewnością wiedział to doskonale jego brat. Właściwie, pozazdrościł bliźniakowi takiej dziewczyny, jak Nina. Może nie to, że Bill na nią nie zasługiwał, ani nie to, że do niego nie pasowała, ale było między nią a Billem coś, co się odpychało. Jego brat był bowiem człowiekiem bardzo specyficznym. Zmiennym i popadającym ze skrajności w skrajność, czego przykładem mógł być udział w programie muzycznym, zaraz po tym, jak definitywnie zrezygnował z życia medialnego. Nina była poukładana i zorganizowana. Kompletnie do siebie nie pasujący, uzupełniali się wzajemnie.
Doszedł do tych wniosków zaledwie po krótkiej rozmowie z nią. Urzekła go jej delikatność. Sposób, w jaki się wypowiadała, jak ważyła słowa, by go przypadkiem nie urazić. Była zupełnie inna niż Nailea, bo nie potrafiłaby skrzywdzić. Odrobinę żałował nawet, że los nie postawił mu jej na drodze, jednak cieszył się z faktu, że jego brat ma przy sobie tak wspaniałą i wartościową kobietę. Rozmowa z nią płynęła w szaleńczym tempie. Nina wydawała się być wspaniałą przyjaciółką.  Dlaczego wcześniej tego nie zauważył? Ach, tak. Bo wcześniej był najszczęśliwszym kretynem, chodzącym po tym świecie. Nie liczyło się nic, poza miłością, którą niewątpliwie znajdował w malinowych ustach i zielonych oczach swojej blond piękności.
Opowiedział jej o wszystkim, co się wydarzyło. O powrocie z Monachium do mieszkania w Berlinie, gdzie już nikt na niego nie czekał. O łzach, które roniła Nailea, przysięgając, że żaden akt zdrady nie miał miejsca, że to pomyłka. 
Nina była skołowana. Nie miała pojęcia, co powinna o tym myśleć, a tym bardziej - co powiedzieć.
Zgubiłem się w tym wszystkim, wiesz… Zgubiłem się i zupełnie nie wiem, gdzie mam siebie szukać - powiedział wreszcie, podsumowując całą historię.
Myślisz, że można w ogóle gdziekolwiek się odnaleźć i być w końcu tam, gdzie powinno się być?
Kiedyś myślałem, że tak – odparł z przekonaniem. – Co więcej, ja byłem tam, gdzie powinienem być.
Spojrzała na niego zaskoczona.
Więc gdzie było twoje miejsce?
W jej sercu, w jej oczach.
A teraz? – spytała. – Nie ma już ciebie w oczach Nailei?
Nie wiem – odrzekł, odwracając wzrok w kierunku okna. Nieco ciszej, by nie pozwolić sobie na załamanie głosu, dodał: – Teraz już nie patrzę w jej oczy.

Nina zdawała sobie sprawę z tego, że być możne zbyt długo miesza łyżeczką w kawie – przecież cukier dawno się już rozpuścił. Co więcej, napar był już zupełnie wystudzony. Bała się jednak zaniechać tej czynności, gdyż dzięki niej nie musiała podnosić wzroku, a dobrze wiedziała, że gdy to zrobi, ujrzy najsmutniejsze oczy, jakie kiedykolwiek przyszło jej widzieć. Nie wiedziała jak przerwać gęstniejącą ciszę. Nie chciała litować się nad Tomem, ale też nie chciała, by myślał, że jej to nie obchodzi. Postanowiła wytężyć szare komórki, ale bezskutecznie. Do głowy przychodziły jej same głupie pytania, albo jeszcze głupsze historyjki, przez które na pewno uznałby ją za idiotkę. Westchnęła więc głośno, tym samym skupiając na sobie uwagę Toma, który patrzył teraz na nią znad kubka, który właśnie kierował do ust. Skrzyżowały się ich spojrzenia i wtedy Nina doznała olśnienia. Coś było nie tak. Weszła swobodnie do kuchni, bo nie spodziewała się spotkać tam Toma. Uznała, że go nie ma, bo Caprice nie przybiegł jej na powitanie, jak miał to w zwyczaju robić. Poza tym, od przeszło godziny go nie widziała. Pokręciła się na krześle, lustrując tym samym podłogę, ale nigdzie go nie było.
Gdzie jest Caprice? – spytała z widocznym niepokojem w głosie. Była zdziwiona jego nieobecnością. – Nie przyszedł się przywitać?
Tom zmarszczył czoło, jakby dopiero teraz przypomniał sobie, że miał psa. Faktycznie, coś chyba było nie tak, skoro nie przybiegł za nim do kuchni. Automatycznie spojrzał na piekarnik, który na niewielkim wyświetlaczu, pokazywał godzinę. Od ponad dwóch godzin był tutaj, a Caprice nie przyszedł nawet napić się wody. Dłonie zaczęły mu się pocić, a serce zdawało się bić tak głośno, że słyszał doskonale każde uderzenie. Nie spuszczając wzroku z Niny, odstawił swój kubek na blat i jeszcze przez chwilę się wahał, ale w końcu zawołał psa. Włosy zjeżyły mu się na karku. Wołał kilkukrotnie, jednak ten nie przybiegał. Wtedy Tom zerwał się, jak z procy wystrzelony, kierując się do swojej sypialni. Brunetka ruszyła za nim.
Wbiegła gwałtownie do jego pokoju, gdy nagle zatrzymała się jak zamurowana. Serce ścisnęło ją boleśnie, a łzy napłynęły do kącików oczu. Jej dłoń powędrowała automatycznie do ust, hamując tym samym wybuch, który narastał w niej z każdą sekundą. Tom pochylał się nad czarno umaszczonym zwierzakiem i mówił do niego, płacząc.
To moja wina. Moja wina. Cappi, tak bardzo cię przepraszam…
Co mu jest? – spytała szeptem Nina. Kucnęła obok nich, nie wiedząc, co robić. – Czy on… umrze?

Kilka minut później...

– Cholera! – zaklął, wywalając z szuflady przeróżne papiery, wśród których miał nadzieję odnaleźć niewielką, szarą książeczkę. Nie było jej nigdzie. Tom doskonale zdawał sobie sprawę, gdzie mogła być i gdzie z pewnością była, ale wciąż uparcie przekonywał samego siebie, że jednak się myli.
– Tom, pospiesz się. Nie wiem, jak długo on jeszcze wytrzyma – ponaglała Nina, równie przejęta sytuacją, jak on. Czuwała nad psem, głaszcząc delikatnie jego pysk. Denerwowała się, że Tom uporczywie grzebał w szafkach i szufladach, podczas gdy już dawno powinni jechać do weterynarza. Caprice oddychał ciężko, a oddech ten był urywany i niejednostajny. Nie mieli pojęcia, co mogło mu dolegać, dlatego też potrzebna była natychmiastowa pomoc specjalisty.
Zwróciła uwagę na skrzywioną, w grymasie bólu, twarz Toma, kiedy stanął w drzwiach swojej sypialni z rękoma ułożonymi na biodrach. Intensywnie się nad czymś zastanawiał.
– Musimy najpierw pojechać do... – świadomie urwał, nadal próbując oszukiwać siebie samego, że wcale nie będzie musiał się z n i ą spotkać. – W moim poprzednim studiu jest książeczka zdrowia Caprica.
Nina spojrzała na niego podejrzliwie. Po chwili zreflektowała się, gdy przypomniała sobie, kto obecnie tam mieszkał.
– To konieczne? – spytała sceptycznie.
– Powinienem ją mieć, bo Caprice ostatnio trochę chorował i brał różne leki – wytłumaczył pospiesznie. – Może to jakaś reakcja alergiczna.
Dziewczyna pokiwała tylko głową i okryła psa ciepłym kocem, gdy Tom wziął go ostrożnie na ręce. Otworzyła mu drzwi i chwyciwszy z wieszaka kurtkę, wyszła za nim, zamykając mieszkanie na klucz.
Ułożywszy Caprica na tylnej kanapie auta, Tom zajął miejsce kierowcy i poprawił lusterko, by móc cały czas obserwować pupila i czuwającą nad nim Ninę. Gdy upewnił się, że zapięła pas, ruszył z parkingu. 

__
Długo mnie nie było. Postanowiłam sobie jednak, że w dniu urodzin zrobię Wam prezent i choćby się waliło i paliło - dodam kolejny rozdział! Udało się :D Napisałam ten rozdział na ponad 20 stron, ale pomyślałam, że lepiej będzie podzielić Wam go na kilka części - myślę, że będą 3. 
Jak nowy szablon? Uczę się dopiero, ale myślę, że jest przyzwoicie :)